Figa z Makiem, czyli o nowym puszystym rozdziale w naszym domu
Nie minęło dużo czasu od dnia, w którym pożegnaliśmy naszą kochaną Tarę. Pamięć o niej i tęsknota zostaną z nami na zawsze – towarzyszyła nam w tylu życiowych przejściach, była najbardziej wierną przyjaciółką, jaką można sobie wymarzyć. Serce po takiej stracie goi się powoli, ale życie potrafi pisać przedziwne, niespodziewane scenariusze.
Jestem w stałym kontakcie z fundacją pomagającą zwierzętom, a szczególnie z niesamowitą dziewczyną, która prowadzi dom tymczasowy. Jej pokoje są absolutnie pękające w szwach od kotów, a serce – pełne oddania. Ciągła opieka, leczenie, kolejne zbiórki i walka o każdy koci byt.
Kiedy napisała do mnie o jednej konkretnej kotce, która natychmiast i to bardzo, bardzo potrzebowała własnego kąta, coś we mnie pękło.
Razem z mężem usiedliśmy i pomyśleliśmy: na co tu czekać? Tara zawsze będzie miała swoje nienaruszalne miejsce w naszej pamięci. Ale wokół nas są koty, które tu i teraz potrzebują opieki i bezpiecznego schronienia. A obok nich są wspaniali ludzie, którzy pękają pod ciężarem odpowiedzialności.
I tak otworzyliśmy nasze drzwi dla nowej domowniczki. Nazwaliśmy ją Figa.
A ponieważ w domu rządzi już nasz kocur Maczek, od razu zyskała u nas miano Figi z Makiem.
Zabawne jest to, że Figa wygląda jak kopia Maczka! Śmiejemy się, że to chyba jakieś zaginione w akcji rodzeństwo. Jednak tym, co ostatecznie nas rozbiło, było jej spojrzenie – absolutnie nas urzekło.
Stwierdziliśmy, że to ten moment, a Maczek po prostu musi zyskać nowe towarzystwo.
Figa jest z nami od soboty i powiem Wam, że odnajduje się w nowym otoczeniu w tempie, którego zupełnie się po niej nie spodziewałam. Od pierwszych chwil zaczęła z ciekawością zwiedzać kąty. Relacje z Maczkiem? Jak na parę dni – rewelacja! Na początku było trochę asekuracyjnego prychania, ale dziś potrafią już podejść i spokojnie się powąchać.
Mieliśmy też swój pierwszy, magiczny moment. Ostatnio, pośród całego naszego domowego gwaru, szumu i codziennego rozgardiaszu, gdy wszyscy razem siedzieliśmy na kanapie, Figa po prostu przyszła. Wskoczyła na sam szczyt oparcia, położyła się blisko nas i głośno zamruczała. Wtedy dotarło do mnie, że powoli, krok po kroku, zaczyna czuć się u nas naprawdę u siebie.
Przed nią jeszcze sporo nowych odkryć – za jakiś czas, gdy poczuje się w pełni swobodnie i bezpiecznie, po raz pierwszy pozna nasz ogród. Na razie dajemy jej czas, spokój i mnóstwo miłości.
Oficjalnie więc witamy w naszej rodzinie nowego członka! Mamy teraz pod dachem dwa niemal identyczne koty i mnóstwo radości. Kto wie, może kiedyś w przyszłości dojrzejemy też do psa... Ale na razie niech mała Figa rozgości się u nas na dobre.
Trzymajcie za nas i naszą „Figę z Makiem” kciuki!



Komentarze