Przeziębieniowy chrzest bojowy, czyli pierwsze vs drugie dziecko
Ciekawe jest to, jak zmienia się perspektywa, kiedy na świecie pojawia się drugie dziecko.
Pamiętam, jak przy Mai przerażało mnie niemal wszystko. Ząbkowanie? Matko jedyna, oby tylko wyszły łagodnie! Skoki rozwojowe? Oby dalej przesypiała nocki! A już nie daj Boże katar… Koniec świata i masakra.
Pierwszą infekcję Maja złapała, mając jakieś 9–10 miesięcy. Wizja odciągania glutków, nieprzespanych nocy i ta trwoga, że dziecko tak strasznie się męczy… A potem chuchanie i dmuchanie, żeby tylko nie złapała niczego znowu. Z każdym kolejnym przeziębieniem byłam już wprawdzie bardziej zahartowana, bo znałam etapy, a żłobek ostatecznie nauczył mnie rytmu „dwa tygodnie w żłobku, tydzień w domu”.
Ale z czasem dzieci dorastają, nabierają odporności i infekcji jest coraz mniej.
A jak to wygląda przy drugim dziecku?
No cóż… tu od razu trzeba pogodzić się z faktem, że cokolwiek starsze przyniesie ze szkoły, młodsze podłapie w pakiecie. Tym sposobem Leon swój pierwszy katar zaliczył już w wieku 3 miesięcy.
Jak do tego podeszłam? Przede wszystkim ucieszyłam się, że technologia poszła do przodu i nie muszę już podłączać odciągacza do odkurzacza! 😅 Wjechały sprawdzone metody: sól fizjologiczna, inhalacje i książki podłożone pod nogi łóżeczka, żeby głowa była wyżej i nosek się tak nie zatykał.
Teraz przyszedł wrzesień i znów wszyscy jesteśmy zagilani. Ale przynajmniej mam tę pocieszającą świadomość, że Leon przed przedszkolem przejdzie taką szkołę odporności, że nic go potem nie złamie. I tej optymistycznej wersji się trzymam!
A jak tam u Was nastroje jesienne? Też już wjechały kocyki, herbata z maliną i odciągacze do nosa?




Komentarze