Ile trwają wakacje?
Leon śpi już drugą godzinę. Każda mama niemowlaka wie, co to oznacza – stan lekkiego zawieszenia. Kiedy dziecko nagle zaczyna zmieniać rytm drzemek, człowiek boi się cokolwiek zacząć, żeby nie usłyszeć ze łóżeczka pierwszego kwilenia. Siedzisz więc w cichym domu, cieszysz się, że obiad jakimś cudem jest już gotowy, i zaczynasz myśleć.
A myśli ostatnio krążą wokół jednego tematu. Zbliża się lato.
I tutaj muszę Wam się do czegoś przyznać. Możecie wierzyć lub nie, ale mając 38 lat, aż do zeszłego roku żyłam w głębokim, dziecięcym przekonaniu, jak wyglądają wakacje. W mojej głowie kalendarz od zawsze był prosty: trzeba jakoś dobić, doczołgać się do tego czerwca, a potem… potem zaczynają się WAKACJE.
Wakacje – czyli coś ogromnego, wielkiego, rozciągniętego w czasie na długie miesiące. Coś, co wydaje się nie mieć końca.
Moja słodka niewiedza trwała aż do zeszłego lata, kiedy to wylądowałam z kotem u weterynarza. Wizyta jak każda inna, dopóki lekarz, wypisując receptę, nie rzucił luźno:
– No, to teraz dostanie Pani kropelki na kleszcze dla kota i to już Pani starczy do września, także koniec wakacji.
Wtedy mnie zamurowało. Jak to „koniec wakacji”? Przecież wrzesień jest za jakieś pół roku! Spojrzałam na niego z niedowierzaniem, a on z uśmiechem sprowadził mnie na ziemię:
– No nie, w sumie to tylko cztery tygodnie.
I w tym momencie to do mnie dotarło. Wakacje to przecież tylko lipiec i sierpień. Dwa miesiące. Dokładnie tyle samo, co marzec z kwietniem albo maj z czerwcem (no, może luty jest tu wyjątkiem). To nie jest żaden mityczny, nieskończony czas, który trwa trzy lata, tylko zwykłe osiem tygodni.
Dla dziecka czas płynie inaczej – tam lipiec i sierpień to cała wieczność, synonim absolutnej wolności i szczęścia. I chyba ta mała dziewczynka we mnie tak bardzo chciała w to wierzyć, że zapomniała sprawdzić kalendarz. Przyznam, że to odkrycie trochę mnie zabolało. Poczułam żal, że ta dorosłość znowu odarła świat z magii.
Ale wiecie co? Nie chcę tak myśleć. Nie chcę dać sobie wmówić, że to „tylko” dwa miesiące. Cały czas próbuję się mobilizować do tego, by wrócić do tamtego, dziecięcego stanu umysłu. Chcę myśleć: „Mamy czerwiec, a potem wielkie, długie wakacje!”. Taka zmiana perspektywy robi niesamowicie dobrze naszej głowie i psychice. Daje nam sygnał: zwolnij, to jest czas na odpoczynek.
Oczywiście, jesteśmy dorośli. Pracujemy, musimy brać urlopy, kombinujemy, co zrobić z dziećmi, żeby nie siedziały całymi dniami w domach. W przedszkolach dyżury wakacyjne sprawiają, że dla wielu z nas codzienny rytm w ogóle się nie zmienia.
A jednak lato przynosi inną energię. Dzieci częściej wychodzą na dwór, w powietrzu unosi się ten charakterystyczny, luźniejszy klimat. Nawet jeśli rano wstajemy do pracy, to fakt, że starsze dzieci nie muszą pędzić do szkoły, zdejmuje z nas część porannego stresu. Pozwólmy sobie na to, by wieczorami posiedzieć trochę dłużej na tarasie czy balkonie. Cieszmy się tymi dniami, zamiast odliczać je z poczuciem, że zaraz miną.
Jeśli Wasze „dorosłe i oświecone ja” też zdążyło już skurczyć wakacje do suchych dwóch miesięcy w kalendarzu – pora to zmienić. Zmieńmy myślenie. Zaraz czerwiec, a potem… potem już tylko pół roku wakacji!
A jak to wygląda u Was? Udało Wam się zachować choć trochę z tej dziecięcej magii lata, czy brutalna rzeczywistość kalendarza wygrała?



Komentarze