top of page
Szukaj

99% Codzienności — O powrotach, tożsamości i szukaniu własnego miejsca

Zdjęcie autora: Antonina Żero
Antonina Żero
21 lip
3 minut(y) czytania

Czy zdarzyło Wam się kiedyś czuć obco we własnym domu? Być rozdartym między dwoma światami, z których żaden nie wydaje się już w pełni Wasz?


Dzisiejszy wpis zrodził się z prostej, ale niezwykle głębokiej rozmowy, jaką odbyłam z mężem podczas naszego wspólnego spaceru. Piękne jest to, że po szesnastu latach bycia razem wciąż nie brakuje nam tematów do rozmów i potrafimy poruszyć struny, które rezonują w nas jeszcze długo po powrocie do domu. Temat, na który zeszliśmy, krążył wokół inności, wyjątkowości i tego, co to właściwie znaczy: „być u siebie”.


Syndrom Outlandera


Kiedy przez wiele długich lat mieszkaliśmy za granicą, otoczeni obcym językiem i odmienną kulturą, ta sytuacja naturalnie budowała w nas pewien rodzaj unikalności. Własna perspektywa pozwalała mi patrzeć na to jak na wyróżnik — nawet jeśli w życiu nie osiągnęło się spektakularnych sukcesów, o których pisałyby nagłówki gazet, samo bycie tam dawało poczucie tożsamości kogoś „stamtąd”, a jednak innego. Bycie takim Outlanderem, cudzoziemcem, ma w sobie coś romantycznego, intrygującego. Daje poczucie, że jest się trochę innym niż reszta rodaków.


Jednak ten medal ma dwie strony. Bycie wiecznym przybyszem niesie ze sobą ogromną tęsknotę. Tęsknotę za rodziną, za krajem, za zakorzenieniem. Przez cały ten wieloletni czas na emigracji towarzyszyło mi głębokie poczucie, że nie należę do miejsca, w którym aktualnie żyję. Mimo że wchodziliśmy w tamtejszy system, poznawaliśmy edukację, mechanizmy społeczne i codzienne życie, z tyłu głowy zawsze tliła się myśl: „Tam jestem obca. Ale kiedyś wrócę”.


Obcy we własnym domu


Najbardziej zaskakujące jest to, co dzieje się po powrocie. Przez lata karmiłam się wyobrażeniem, że powrót do ojczyzny, do „starych śmieci”, będzie automatycznym powrotem do absolutnego poczucia bycia u siebie. Myślałam, że wreszcie zrzucę skórę obcego. Stało się jednak zupełnie inaczej.


Po powrocie do Polski to uczucie obcości wcale nie zniknęło — ono po prostu zmieniło swój wektor. Nagle zaczęłam czuć się obco we własnym kraju. To przedziwny stan rezonansu, który towarzyszy mi niezwykle często i z którym czasami trudno sobie poradzić. Czuję, jakbym będąc za granicą bezpowrotnie straciła jakąś część siebie, a teraz, będąc tutaj, traciła coś innego. To permanentny stan zawieszenia, w którym trudno w pełni odnaleźć się w nowej-starej rzeczywistości, mimo że od naszego powrotu minęło już przecież sporo lat.


Zastanawiam się czasem, z czego to wynika. Nie mam przecież powodów do narzekań, moje życie jest stabilne i dobre. Może to po prostu proces? Ciągła, intymna nauka odnajdywania własnego „ja”, budowania tożsamości niezależnej od szerokości geograficznej. Być może to konieczność stanięcia w prawdzie przed samą sobą i powiedzenia sobie prosto w twarz: „To jest moje miejsce na ziemi i tutaj chcę zapuścić korzenie”. Czasami wkrada się też myśl, czy to zagubienie nie oznacza, że powinnam szukać dalej? Że może istnieje jeszcze inny kraj, inne miejsce na mapie? Ale kiedy próbuję to sobie wyobrazić, moja wyobraźnia milczy. Nie potrafię stworzyć obrazu żadnego innego domu.


Może to permanentne szukanie i poczucie rozdarcia to po prostu nasza podświadoma próba uatrakcyjnienia sobie życia? Chęć ucieczki przed tym, co stałe i przewidywalne?


Matematyka szczęścia: Formuła 99% + 1%


I wtedy, w trakcie tej naszej spacerowej wymiany myśli, mój mąż wypowiedział słowa, które uderzyły mnie swoją prostotą i mądrością. Powiedział, że nasze życie w 99% składa się z czystej codzienności. To te powtarzalne, zwykłe dni tworzą trzon naszej egzystencji. Pozostały 1% to wyjątki, atrakcje, wyjazdy, wielkie wydarzenia — to wszystko, co sprawia, że życie staje się bardziej kolorowe, pełne przygód i zwrotów akcji.


Ta perspektywa zmieniła moje myślenie. Zrozumiałam, że kluczem do spokoju nie jest nieustanna pogoń za tym jednym procentem, ani szukanie magii w ciągłej zmianie miejsc. Prawdziwa sztuka polega na tym, aby autentycznie polubić te 99%. Nauczyć się cieszyć z małych, prozaicznych chwil, celebrować je i dostrzegać ich ukryte piękno.

Wydawało mi się, że zawsze to robiłam, ale ta rozmowa uświadomiła mi, że muszę włożyć w to jeszcze więcej uważności. Muszę częściej zauważać smak porannej, spokojnie wypitej kawy. Dźwięk dziecięcych stóp biegających po domu. Fakt, że mam obok siebie przestrzeń na wszystko, czego tak naprawdę potrzebuję do szczęścia. Jeśli uda mi się sprawić, by ta moja codzienna rutyna była pełna ciepła i wewnętrznej akceptacji, to ten mityczny jeden procent stanie się jedynie miłym dodatkiem. Może wtedy bycie u siebie przestanie zależeć od tego, gdzie stoją moje walizki, a zacznie od tego, co noszę w sercu.


Codzienność to nie tło dla życia — to życie w całej swojej okazałości. Składa się z małych klocków, które musimy nauczyć się układać z miłością: od wspólnego śniadania na tarasie po leniwą kawę o dwunastej w południe.


A jak to wygląda u Was? Czy macie za sobą doświadczenia związane z długoterminową emigracją albo powrotami? Czy znacie to specyficzne uczucie rozdarcia i bycia „pomiędzy”? A może Wasze definicje poszukiwania własnego miejsca są zupełnie inne? Podzielcie się swoimi myślami i historiami w komentarzach — ogromnie chętnie je przeczytam. 🧡



Komentarze


IMG_2382_edited.jpg
  • Instagram

Kontakt

Dodaj podtytuł_edited_edited_edited.jpg

 

© 2035 by Między drzemkami. Powered and secured by Wix 

 

bottom of page