O misjach specjalnych, nowej perspektywie i lesie, który pachniał spokojem
Zaczniemy od klasycznego, rodzicielskiego wyznania: czas przy niemowlaku płynie zupełnie własnym, lekko zakrzywionym torem. Czasem jedynym wyznacznikiem tego, że jest weekend, jest Maja, która bardzo dobrze pamięta, że dziś jest sobota. Poza tym wszystkie dni zlewają się w jedną, podobną do siebie całość. I tak oto, zupełnie nie wiem jak, po raz pierwszy odkąd Leon jest na świecie, kompletnie uciekł mi dzień publikacji posta!
Mam wrażenie, że większą jasność umysłu miałam tuż po porodzie niż teraz, ale cóż – nadrabiam to dzisiaj, z kubkiem ciepłej kawy i historią, którą chciałabym Wam opowiedzieć.
Wszystko zaczęło się w zeszłym tygodniu na naszej sąsiedzkiej grupie. Jedna z mam napisała z pytaniem, czy ktoś może nie widział maskotki w naszym pobliskim lesie – tym, do którego wszyscy tak chętnie chodzimy. Jej młodsza córka zgubiła swojego ukochanego pluszaka. Każdy rodzic wie, że w grę nie wchodzi kupno nowego, identycznego egzemplarza. To musiał być ten konkretny – lekko już stargany życiem, przybrudzony, z tą jedyną w swoim rodzaju fakturą.
Pomyślałam, że i tak wybieram się na spacer, więc chętnie podejmę wyzwanie i rozejrzę się za zgubą. Ale skoro misja miała być specjalna, to i przygotowania musiały być solidne. Spojrzałam na Leona – chłopak skończył już 5,5 miesiąca, pięknie trzyma główkę... Pomyślałam: „Kurczę, to jest ten moment. Próbujemy nosidła!”.
Spakowałam wózek, torbę z pieluchami, wodę, wzięłam nosidło i ruszyliśmy w nieznane. Cała wyprawa!
Na początku Leon smacznie spał, ale kiedy tylko dotarliśmy do lasu, jego oczka się otworzyły. Szłam, obracając głowę we wszystkie strony świata – lewo, prawo, wypatrując pluszowego uciekiniera. Nic. Pomyślałam, że zaraz będę musiała wracać, bo słońce zaczęło świecić Leonowi prosto w twarz. Chcąc go uratować przed rażącymi promieniami, obróciłam wózek o 180 stopni.
I wtedy ją zobaczyłam.
Wisiała na barierce, troskliwie przewieszona przez kogoś, kto ją wcześniej znalazł. Ucieszyłam się tak, jakbym znalazła worek ze złotem! Dawno żadna mała rzecz nie sprawiła mi tyle czystej, dziecięcej satysfakcji. Szybkie zdjęcie do sąsiadki na potwierdzenie, uff, to ta! Radość po drugiej stronie była ogromna.
Uznałam, że po tak spektakularnym sukcesie należy mi się nagroda i pójdę na lody. Niestety, budki były jeszcze zamknięte (było dość wcześnie), więc z lodów wyszły nici. Usiadłam za to na ławce, schowałam się odrobinę (bo publiczne karmienie wciąż wymaga ode mnie przełamania pewnej bariery) i nakarmiłam Leona. A potem... przyszedł czas na premierę nosidła.
I to było COŚ!
Leon był absolutnie zachwycony! Na początku aż zaniemówił z wrażenia. Nagle zobaczył świat z zupełnie innej perspektywy niż z poziomu wózka. Zauważył łabędzie, kaczki na wodzie... i reagował na nie dokładnie tak samo, jak reaguje na naszego domowego kota – szerokim, radosnym uśmiechem od ucha do ucha. Cudownie było obserwować tę jego czystą, niemowlęcą ciekawość.
Przeszliśmy tak kawałek lasu. Przed wyjściem na ruchliwą ulicę, ze względów bezpieczeństwa, wolałam go jednak przepakować z powrotem do wózka, żeby nie maszerować z maluchem na klatce piersiowej i jednocześnie nie pchać przed sobą pustego wózka. Gdy tylko wylądował w gondoli, leśne powietrze i masa nowych emocji zrobiły swoje – Leon zasnął po raz drugi tego dnia. Ta podwójna drzemka była mu ewidentnie potrzebna.
Wróciłam do domu z niesamowitym poczuciem spokoju. To był jeden z najpiękniejszych dni, jakie ostatnio mieliśmy. Wszystko działo się tak bez pośpiechu, w naturalnym rytmie, z tą drobną iskrą radości z uratowanej maskotki w tle.
Zostawiam Was z tą historią i mam nadzieję, że wywoła ona uśmiech na Waszych twarzach – tak jak wywołuje na mojej za każdym razem, gdy o niej pomyślę.
Do zobaczenia za tydzień (i obiecuję, że tym razem we wtorek)!



Komentarze